Na ostatniej sesji oponenci zaatakowali mnie, że kredytami obciążam miasto. Czy słusznie? Sami odpowiedzcie na pytanie, co wybrać? Zostawić np. zdemolowany, dworzec PKP, czy wziąć kredyt i odnowić go, by przestał straszyć i zaczął na siebie zarabiać?

Płock ma dziś szansę – być może najważniejsze „pięć minut” – które może zdecydować o dalszym rozwoju miasta i moim zdaniem nie ma co się w tym momencie oglądać za siebie. Nawet jeśli ktoś będzie mi wytykał niespełnienie tej obietnicy wyborczej, to w czasach, w jakich przyszło mi zarządzać miastem, zaciągnięcie kredytów było najrozsądniejszym posunięciem.

Dziś możemy zbudować drogi, szkoły, kupić autobusy i nowe przystanki wydając na to 20-40 proc. ich wartości, resztę pieniędzy dostając z Unii Europejskiej. Za pięć, sześć lat tych pieniędzy możemy nie mieć, bo dotacje się skończą i za wszystko będziemy płacić 100 procent z własnej kieszeni, czyli z budżetu miasta.

Albo garściami bierzemy te unijne pieniądze „teraz, albo nigdy”. Mamy alternatywę – na wkład własny wziąć kredyty, albo… zrezygnować z inwestycji.

Na przykład: możemy odrestaurować Małachowiankę – najstarszą polską szkołę – za 30 mln zł. Z miejskiej kasy płacimy dziś pięć mln zł. Resztę – 25 mln – daje nam Unia Europejska rękami marszałka Mazowsza Adama Struzika.

Chcecie czekać, aż się w kasie miasta uzbiera 30 mln zł?
Czy lepiej od ręki wziąć pięć mln zł kredytu jako wkład własny i 25 mln zł dotacji z Unii? Rachunek jest prosty: nawet jeśli będziemy musieli oddać tej pożyczki sześć, albo siedem mln zamiast pięciu to wciąż jesteśmy na plusie, bo 25 mln dostaliśmy, prawda?

I co najważniejsze – zabytkowa szkoła i jej uczniowie nie czekają na remont, ale cieszą się obiektem.

Przykłady można mnożyć. Kolejny to obwodnica, której zadaniem jest nie tylko poprawić komfort życia płocczan. Nie wiem, czy nie ważniejszą jej rolą jest skomunikowanie terenów w rejonie lotniska i Trzepowa, które przygotowaliśmy pod inwestycje. Mam czekać, czy raczej „pędzić” z jej budową, by jak najszybciej uatrakcyjnić obszary inwestycyjne?

Co ważne – nie jestem jedynym, który myśli w podobny sposób. Są politycy i samorządowcy, którzy widzą szansę na rozwój Płocka właśnie teraz, na wykorzystanie tych pięciu minut.

Od 1990 roku różne przeżyliśmy zjawiska gospodarcze, ale po raz pierwszy zmierzyliśmy się ze skutkami światowego kryzysu. Cztery lata temu nic nie zapowiadało zjawisk jak np. ostatnie wyniki finansowe Orlenu, który nie zapłaci nam wszystkich podatków, bo nie ma z czego. Bo ma ponad 5 mld zł straty z powodu Możejek. Tego jeszcze nie było.

Historia uczy, że inwestować należy w czasie kryzysu, kiedy wszystko tanieje, także kredyt. Bo kiedy po chudych latach przychodzą tłuste – ci , co zainwestowali już są gospodarczymi liderami i ścigają się z najlepszymi. Ci, co oszczędzali – rozpychają się z tyłu peletonu.

Przez cztery lata zainwestowaliśmy w Płock prawie miliard złotych – prawie dwa razy tyle, co mój poprzednik. Poprzednik też brał kredyty, ale budował molo i halę widowiskową bez jednej trybuny. Ja zaś za te pieniądze buduję m.in. pierwszy odcinek obwodnicy, wiadukt w al. Piłsudskiego, przedszkola, boiska, place zabaw, hale szkolne i sportowe, kończę dworzec kolejowo-autobusowy. Właśnie, dworzec: wiecie, że w połowie remontowany jest na kredyt? Bo Unia właśnie zaczęła odchodzić od dotacji na rzecz takich nisko oprocentowanych pożyczek. To sygnał, że złota era dotacji będzie się kończyć. Dworzec częściowo będzie zarabiał na siebie, kredytu nie odczujemy. Ale może wolelibyście go nie ruszać i zostawić jako starą ruderę?